Książki

  • Zakład
  • Łoś
  • Powrót Łosia
  • Zakład

    Na stronie www.e-bookowo.pl można kupić moją książkę pt. Zakład. Trudno jednoznacznie określić gatunek literacki tej książki, bo są w niej i elementy komedii romantycznej, i kryminału kojarzącego się z braćmi Cohen, ale chyba nie o to chodzi, by książkę można było zaszufladkować, ale żeby nie żałować, że straciło się na nią czas (który jest droższy od pieniędzy). Oto fragment Zakładu.

    Fragmentu "Zakładu" można posłuchać na stronie przeczytamy.pl klikając tutaj.

    - A może tamten? Wydaje mi się, że by się nadał.

    Mężczyzna, który wypowiedział te słowa już dawno przekroczył pięćdziesiątkę, ale trzymał się dzielnie, w czym podobny był trochę do starego samochodu, mającego wprawdzie czasami kłopoty z ruszeniem z miejsca, ale takiego, co to jak już ruszy, to do mety dojedzie. Jeżli trzymać się tego porównania, to należy uczciwie powiedzieć, że połysk karoserii nasz samochód zawdzięczał nie tyle jakości lakieru, co ilości i jakości kosmetyków użytych do podkreślenia koloru i połysku, tudzież zatuszowania rys, a w jego sylwetce było coś, co sugerowało wojskowe pochodzenie. Krótko mówiąc, mężczyzna przypominał nie pierwszej młodości, ale jeszcze na chodzie samochód terenowy, z napędem na cztery koła oczywiście, podrasowany w pierwszorzędnym warsztacie tuningowym.

    Jego towarzyszką była sportowa limuzyna. Niestety, tylko na pierwszy rzut oka firmowa. Każdy fachowiec po dokładniejszych oględzinach nie miałby wątpliwości, że to składak. Za to z jakich części! W oczy przede wszystkim rzucały się zderzaki, z pewnością sprężyste i gotowe przyjąć na siebie niejedną czołówkę, a także kufer, który chociaż niewątpliwie pojemny, to jednak zgrabny, a chociaż noszony wyzywająco, to przecież z gracją i z wdziękiem. Z sylwetki wnioskować można było znakomite przyspieszenie i z pewnością dużą prędkość maksymalną. Jaskrawy, czerwony lakier przyciągał wzrok każdego miłośnika sportów ekstremalnych, a chociaż na dnie lamp czaiła się pustka, to jednak świeciły one blaskiem mocnym, niejednego wprost oślepiającym. I tylko hamulce pozostawały wiele do życzenia, co w połączeniu z nie najlepszym prowadzeniem na zakrętach, jazdę tym wozem czyniło na tyle podniecającą, by niejeden śmiałek spoglądał ku niemu okiem tęsknym, a nawet rozmarzonym i to pomimo jego dość już zaawansowanego wieku.

    - A może tamten? Wydaje mi się, że by się nadał.

    Kobieta podążyła za wzrokiem męża i zapytała:

    - Mówisz o tym brunecie w czerwonej koszulce?

    Mężczyzna potaknął głową i przytknął do ust kufel z piwem, co uczynił z ledwie ukrywaną odrazą. Nie lubił piwa i nie lubił smrodu frytek. Nie lubił swojego dawnego życia. Kobieta kontynuowała:

    - Niezły. Myślisz, że...

    - W końcu to ty będziesz z nim sypiała, nie ja.

    - Mam nadzieję.

    - To nie był udany żart.

    - Masz rację, przepraszam - przyznała kobieta, ale już nie patrzyła na męża. Obserwowała wskazanego przez niego młodego mężczyznę i wcale się z tym nie kryła.

    Jeśli trzymać się porównań motoryzacyjnych, mężczyzna ów był znakomitym przykładem samochodu o ciekawej acz niezbyt odkrywczej sylwetce, wytrzymałym, z pewnością szybkim, lecz - prawdopodobnie - także o dużym zapotrzebowaniu na paliwo. Jego największą zaletą był niewątpliwie niewielki przebieg i młody rocznik.

    Na górę

    Łoś

    Oto pierwszy rozdział opowiadania kryminalnego pt. Łoś. ("Łoś" zastał wyróżniony w I Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Augustyna Barana organizowanym przez Polskie Muzy)

    Fragmentu "Łosia" można posłuchać na stronie przeczytamy.pl klikając tutaj.

    Gałęzie drzew zatrzymywały na sobie dużą część padającego śniegu, ale i tak na leśnej drodze leżało go tyle, że dwóch mężczyzn nią idących swobodnie mogło ciągnąć za sobą duże sanki. Drogi nie oświetlał im księżyc, który tej nocy był w nowiu, ale nie musiał, gdyż znali ją doskonale. Nie przeklinali też wiatru tańczącego ze śniegiem, a nawet przeciwnie, cieszyli się z jego harców.

    Wyszli z lasu kończąc pierwszy etap wyprawy, przeszli przez szosę i znowu weszli między drzewa, tutaj rosnące zaledwie kilkanaście metrów od brzegu jeziora. Szli teraz wąską ścieżką, która po jednej stronie miała przybrzeżne szuwary, a po drugiej siatkę ogrodzeniową, za którą były działki letniskowe. Po stu metrach zatrzymali się, łomem odsunęli bramkę od słupka, w który wchodził zamek i weszli na jedną z nich. Idąc wśród sosen dotarli wkrótce na miejsce. Stali przed murowanym domkiem z dużym drewnianym tarasem. Tu znowu poszedł w ruch łom i po chwili całe bogactwo, jakiego tu się spodziewali, mogło być ich.

    Przeszukiwali metodycznie, pomieszczenie po pomieszczeniu. W pierwszym pokoju znaleźli telewizor – szybko wylądował na tarasie, gdzie mieli zamiar tymczasowo gromadzić fanty. Wprawdzie był stary i nie wiadomo, czy sprawny, ale uznali, że telewizor zawsze uda się sprzedać, jak nie w całości, to na części. Z drugiego pokoju wynieśli radio i dwa obrazy, a w kuchni znaleźli nienapoczętą butelkę koniaku. Już wcześniej trochę wypili, ale było im zimno, więc uśmiechali się do butelki luksusowego, jak sądzili, alkoholu, po którym spodziewali się przyjemnego gorąca rozchodzącego się od żołądka na całe ciało.

    Starszy zrecenzował alkohol krótko: - Jak bimber, tylko gorsze. – I podał butelkę bratu. Ten pociągnął i przyznał mu rację: - Acha, jak bimber. Ale gorsze.

    Nie przejmowali się, że ktoś ich zobaczy albo potem dojdzie do nich po śladach – śnieg wciąż padał gęsty i wciąż mocno wiało. Na wszelki wypadek nie zapalali jednak światła, a tylko przyświecali sobie dwiema latarkami, które komuś ukradli rok temu.

    Ostatni pokój nie wyglądał na taki, w którym można by się było obłowić. Stała w nim jedna szafa i jedna wersalka z bardzo ładnym obiciem, a na ścianach wisiał jeden bohomaz. Szafa była przeznaczona na ubrania i teraz była pusta. Młodszy ze złości rozwalił kopniakiem jej drzwi.

    - Idziem, nic tu nie ma - powiedział.

    Gdy wyszedł, Starszy podążył w jego ślady, ale w drzwiach zmienił zdanie i się cofnął. Przypomniał sobie bowiem, jak dwa lata temu właśnie w takiej wersalce znalazł na podobnym włamaniu skrzynkę wódki i kryształowe kieliszki. Otworzył wersalkę, przyświecił latarką i się cofnął. Na dnie wersalki leżał nieruchomo człowiek.

    - Młodszy, cho no tu szybko! – krzyknął.

    Młodszy wbiegł do pokoju i spojrzał we wskazanym kierunku. - Chyba zamarzł na śmierć – powiedział.

    - A po kiego by właził do łóżka? Wyciągniem go stamtund i obaczym, co z nim.

    Młodszy pomógł bratu i po chwili leżał przed nimi chudy mężczyzna z zamarzniętym wyciekiem z nosa i uszu.

    - Trup!

    Tym razem Starszy musiał przyznać rację Młodszemu: - No. Nieźle go ktoś zaprawił.

    - Co robim?

    - Najpierw wypijem po łyku.

    Wypili i oświetlając zwłoki latarkami, oglądali je dokładniej. Po pięciu minutach wiedzieli, że mężczyzna zginął od uderzenia w głowę młotkiem, który miał w kieszeni fartucha.

    - Wpierdolilim się brachu po same pachi – westchnął Starszy.

    - Trza zabrać obrączkę i młotek i spierdalać – zaproponował Młodszy i schowawszy do wewnętrznej kieszeni kurtki młotek, wziął się za realizację części planu dotyczącej obrączki.

    - Nie taka sprawa prosta – westchnął Starszy.

    - Nu, nie chce zliźć.

    - Nie o to chodzi, Młodszy.

    - A o co?

    - A o to, że jak go tutaj znajdu, a potem dojdu do nas, to powiedzu, że to my go utłuklim. Włamalim sie i żeby nas nie wydał, to go utłuklim.

    Młodszy nie od razu ogarnął myśl brata. Dopiero, gdy pociągnął z butelki, rozjaśniło mu się nieco w głowie. Z początku chciał Starszemu przyznać rację, ale potem przypomniał sobie, że to właśnie on zapewniał go, że śnieg zasypie wszystkie ślady i dlatego taka psia pogoda jest najlepsza na włam. Przypomniał mu to, a wtedy ten wyjaśnił: - Jakby chodziło tylko o włam, to nikt by se tym głowy nie zawracał. Ale trup, to trup. Zbioru odciski palców i w końcu nas znajdu. A wtedy po nas, nie wywiniem sie. Jak jest morderstwo, to jest porządne śledztwo, nie taka partanina, jak przy włamach. I największy śnieg nam nie pomoże, znajdu nas jak nic. Pełno tu naszych paluchów, nie wytrzesz wszystkiego po ćmaku. A pamiętaj, żeśma su notowane. Przyjadu mundrale z mniasta i wszystko wyniuchaju, nie to co miejscowe gliny.

    - To co robim?

    Starszy zrobił efektowną pauzę, pociągnął z butelki i powiedział: - Odstawiama wszystko ma miejsce, trupa pakujem na sanki i wywozim przez jezioro do lasu po drugi strunie.

    - A jak nas kto zobaczy?

    - W taku noc? W taku zawiruche? Ni ma prawa.

    Piętnaście minut później sznurek, który miał przytrzymywać nakradzione dobro, powstrzymywał zwłoki przed spadnięciem z sanek. Bracia ciągnęli je przez zamarznięte jezioro na drugą stronę, gdzie mieli zamiar udać się w głąb lasu i je tam porzucić. Trup był złośliwy i co jakiś czas zsuwał się im z sanek i trzeba go było pilnować. Nic dziwnego, że już po pierwszych stu metrach poczuli zmęczenie. Postanowili zatrzymać się i rozgrzać zawartością butelki, którą zabrali z pechowego domku. Wypili po łyku, chwilkę postali i znowu ruszyli. Ale mniej więcej na środku jeziora Młodszy znowu poprosił: - Starszy, odsapniem.

    Starszy nie tylko się zgodził, ale nawet zaproponował: - Zostawim tu tego truposza. Dali nie trzeba go targać. – Był nie mniej zmęczony od swojego młodszego brata. Ten bardzo się z tej decyzji ucieszył i odzyskawszy nagle siły, ochoczo zabrał się za odwiązywanie zwłok. Brat mu w tym pomagał, ale i tak szło im jak po grudzie, bo w rękawicach było pioruńsko niewygodnie, a bez nich dłonie strasznie marzły. W końcu się z tym uporali i ruszyli dalej. Bez trupa było im lżej, ale i tak bardzo ciężko. Szli pod wiatr, więc śnieg padał im prosto w twarze, do tego to cholerne wiatrzysko wciąż wiało i wiało, jakby miało wiać już do końca świata.

    W pewnym momencie Młodszy zatrzymał się i powiedział: - Patrz!

    Starszy spojrzał. Kilkanaście kroków od nich stał wielki łoś.

    - Zły znak – zawyrokował Młodszy.

    - Łoś, a nie znak – odparł Starszy, ale nie ruszał się z miejsca. Po chwili dodał: - Dobra. Znak nie znak, odpoczuńć można.

    Usiedli ciasno obok siebie na sankach i na zmianę popijając z butelki, zastanawiali się skąd na środku jeziora wziął się łoś.

    - Jak myślisz Starszy, co to za łoś?

    - Z lasu. A jaki ma być?

    - A co on tu robi? Tysz na włamie był?

    - Głupiś? Ty już Młodszy lepi nie pij.

    - No właśnie. Na włamie nie był, to skund sie tu wziun?

    - Normalnie, idzie se przez jezioro, na skróty. Może zabłądził… Co to cię Młodszy obchodzi? Wstajem.

    - Jeszcze minutke.

    No dobra. Daj łyka.

    - A ten truposz, to co on za jeden?

    - A skund ja mam wiedzieć? Pewnie właściciel chałupy, cośma się do niej włamali. Przyłapał złodzieja i go kropnął.

    - Już prendzy złodzij właściciela. Złodzij by nie przyszedł w takim cienkim fartuchu.

    - A właściciel w takie zimno by siedział tak na letko? Tysz ni.

    Dalsze rozważania braci znowu dotyczyły łosia, który stał wciąż w tym samym miejscu, a potem zatoczyły koło i wróciły do trupa z wersalki. Pomimo usilnych starań nic mądrego nie mogli wymyślić, co jednak im nie przeszkadzało wcale, bo lepiej im się rozmyślało niż szło, więc wymarsz opóźniali o „jeszcze jedną minutkę”, „ostatnią minutkę”, „jeszcze tylko troszeczkę”…



    Łoś w E-bookowo

    Na górę

    Powrót łosia

    W Typinie ktoś masakruje ludzi. Podejrzenie znowu pada na łosia z pobliskiego Ulewa. Zacny czytelniku, w "Powrocie łosia" spotkasz kilka postaci, które przeżyły w "Łosiu" oraz kilka nowych. Nie wszystkie polubisz, nie wszystkie przeżyją. Czasami się uśmiechniesz, czasami popukasz w czoło. Ziewać raczej nie będziesz.

    http://www.e-bookowo.pl/proza/powrot-losia,1,e-book-pdf.html

    Na górę

    okładka
    okładka
    okładka
    © 2011-2013 andrzejboruszewski.pl