Opowiadania

  • Tyra
  • Dziewczynka z kotkiem
  • Jan i Zocha, czyli małżeństwo doskonałe
  • Pies Ogrodnika (docx)
  • Tyra

    W 1999 roku wziąłem udział w konkursie czasopisma MAX. Chodziło w nim o napisanie krótkiego tekstu inspirowanego jedną z 99 modelek. Wybrałem Tyrę Banks, a oto tekst, dzięki któremu wygrałem dwuosobowa wycieczkę do Nowego Jorku (na którą nie pojechałem, bo odmówiono mi wizy).

    Siedział nieopodal torów i przykładał rękę do tułowia. Ani Tułów, ani ręka nie były jego. Coś przyszło mi do głowy. Nie była to myśl ani zdrowa, ani budująca. Była to myśl przerażająca. Postanowiłem, że chwilowo z nikim się nią nie podzielę. Tymczasem jego prawe oko, czarne zionęło nienawiścią, a lewe, niebieskie, sprawiało wrażenie onieśmielonego. Prawa noga, minimalnie krótsza od lewej, nierówno przytupywała. Właśnie miałem głośno powiedzieć to, czego domyślałem się od jakiegoś czasu, gdy usłyszałem za sobą nieznośny hałas. Nawet nie zdążyłem się odwrócić. Uderzenie było tak silne, że wyrzuciło mnie w górę na kilka metrów. Zawadziłem o druty telefoniczne i spadłem w kilku częściach. Nad głową zobaczyłem jego. Na tle turkotu pociągu mówił:

    - Nie przejmuj się, jakoś cię złożę.

    Zamarłem w bezruchu.

    Dostrzegł moje przerażenie, uśmiechnął się dziwnie i rzekł:

    - Spójrz na nią.

    Powiedział tylko tyle, bo więcej nie musiał. Przede mną stała kobieta, która nie mogła tak po prostu się urodzić. Jej idealne piersi, cudownie płaski brzuch i wyjątkowo smukłe nogi z pewnością nie mogły być własnością jednej i tej samej osoby.

    - To niemożliwe, żeby natura tak hojnie obdarzyła jednego człowieka - huczało w mojej głowie. I te usta! Szyja! Biodra! Tak, odpowiedź mogła być tylko jedna: poskładał ją z najlepszych kawałków, jakie znalazł.

    - Więc jak? - zapytał.

    - Powiedz chociaż, jak to cudo się nazywa - odparłem.

    - Tyra Banks. To jak, poskładać cię?

    - Jasne. Ale pod warunkiem, że pojadę z nią do Nowego Jorku.

    Na górę

    Dziewczynka z kotkiem

    Kotek wydrukowany został pod moim nazwiskiem ponad 10 lat temu w niewychodząacym już czasopiśmie humorystyczno-literackim Grizzli.

    Jedną z wąskich uliczek przedmieścia pewnego wielkiego miasta szedł sobie policjant. Pogwizdując, wymachiwał pałką i uważnie obserwował teren. Wtem usłyszał cichutki płacz dziecka. Natychmiast stanął w miejscu, schował pałkę, a jego prawa ręka zawisła nieruchomo tuż przy kaburze z pistoletem. W ciągu dalszych dwóch sekund zlokalizował skąd dochodzą odgłosy skrzywdzonego niebożątka, a w ciągu następnych trzech znalazł się na miejscu zdarzenia.

    - Bardzo pana proszę, panie policjancie, niech mi pan pomoże - chlipała mała, niewinna istotka w sukience w kwiatki i z wielką kokardą we włosach.

    - Chyba nie powiesz mi - oburzył się policjant - że ktoś mógłby skrzywdzić tak miłe dziecko jak ty?!

    - Tam - miłe dziecko wskazało na drzewo - on jest tam.

    Policjant w mgnieniu oka wyciągnął z kabury pistolet, skierował jego lufę w gęstwinę gałęzi i liści, gdzie według jego doświadczenia czaiło się zło w postaci zboczeńca i krzyknął groźnie i stanowczo:

    - Wystaw ten swój podły, zboczony łeb, a odstrzelę ci go jak dwa razy dwa jest pięć!

    - Cztery - poprawiła go dziewczynka i dodała po chwili ciszy, która wówczas zapanowała: - Mój kotek, panie policjancie, nie jest zboczony. On jest miluśki i kochany, tylko, że teraz boi się zejść. Wlazł tak wysoko, bo uciekał przed psem sąsiadów.

    - Chcesz mi powiedzieć, że wzywałaś pomocy, bo twój zasrany kot wlazł na drzewo i nie umie teraz z niego zejść?! - policjant był najwyraźniej zdziwiony i niezadowolony.

    - Tak, bo ja kocham swojego kotka - odpowiedziała dziewczynka.

    - I pewnie wiele byś dała za to, żeby znowu był przy tobie? - dociekał policjant, najwyraźniej coś knując.

    - Och tak, tak! - krzyczała dziewczynka, radośnie podskakując i klaszcząc w dłonie.

    - W takim razie - mówił policjant bacznie obserwując drzewo - spróbuję ci pomóc. - I zaraz potem szybkim ruchem wyciągnął z kabury pistolet i strzelił. Gdy tuż obok nóg dziewczynki spadł kot, policjant dmuchnął w lufę i powiedział:

    - Wedle życzenia, moja mała.

    - Nie wiem, co bym bez pana zrobiła - powiedziała dziewczynka, nie ukrywając radości. - Jestem panu taka wdzięczna...

    Policjanta zdziwiły te słowa. Spojrzał na martwego kota i zobaczył, że kot ma skrzydła, i że wcale nie jest kotem.

    - A to co, prowokatorko?! - zapytał.

    - To są skrzydła.

    - Przecież nie jestem ślepy - krzyknął - widzę, że skrzydła! Co to jest to, co zabiłem?!

    - To jest mój anioł stróż - odpowiedziała nieco zawstydzona dziewczynka. - Przepraszam, że pana oszukałam, ale inaczej nie zechciałby pan...

    Policjant zaniemówił i oczy wyszły mu z tak zwanych orbit. Dziewczynka sprawnym ruchem wepchnęła je z powrotem i powiedziała:

    - Niech się pan tak nie przejmuje, to był strasznie upierdliwy anioł.

    Na górę

    Jan i Zocha, czyli małżeństwo doskonałe

    Opowiadanie Jan i Zocha wydrukowane zostało pod moim nazwiskiem ponad 10 lat temu w czasopiśmie humorystyczno-literackim Grizzli.

    Jan K. nie potrafił szybko podejmować decyzji. Bywało, że zanim zdecydował się zdjąć po zimie kalesony już była jesień i nie warto było tego robić. Jak na rolnika przystało miał Jan gospodarstwo, odziedziczone zresztą po ojcu, które w krótkim czasie upodobniło się do niego bardziej niż upodabniają się niektóre psy do swoich właścicieli. Stodoła na przykład nie mogła się zdecydować, czy ma się już przewrócić, czy też jeszcze trochę zaczekać, a traktor najczęściej dopiero wieczorem decydował się na współpracę.

    Zupełnie inaczej miały się sprawy z żoną Jana K. Na imię miała Zofia, ale wszyscy mówili o niej Zocha-Rakieta, gdyż wszystko robiła w tempie zawrotnym. Nigdy na przykład nie czekała aż automat skończy płukanie i wieszała pranie sztywne od proszku. Jakby tego było mało ona i jej mąż chodzili w ubraniach wyprasowanych albo z przodu albo z tyłu, gdyż nim skończyła prasowanie już leciała nakarmić kury, z których zresztą nie było żadnego pożytku, bo – zapatrzone w swoją panią – nie miały czasu znosić jajek. A nawet, gdyby go miały, to nijak by do tego dojść nie mogło, bo z kolei kogut zapatrzył był się w Jana i zanim zdecydował się wejść na jakąś kurę, ta, biedaczka zdychała ze starości. Tak więc nie tylko Jaś nie doczekał, ale i kura. Z prasowaniem było jeszcze tak, że jak Zocha była chora, to trochę się mitygowała i wtedy prasowała jeszcze rękaw, ale tylko jeden. W sumie, chociaż każde z osobna od średniej krajowej odstawało w stopniu znacznym, to można powiedzieć, że tworzyli parę doskonałą, uzupełniając się idealnie.

    Zdarzyło się razu pewnego, że Jan po piętnastu latach starannego rozpatrywania za i przeciw, postanowił kupić rower. Jak tylko zapadła ostateczna decyzja Zocha pojechała do miasta i wróciła na "góralu", czyli rowerze z przerzutkami. Jan wprawdzie myślał o "składaku", bo na takie była moda w czasie, gdy zaczął rozstrzygać "sprawę rowera", ale po miesiącu się przekonał i wsiadł na ten "złom". Ponieważ nie był pewien czy go ludzie nie wyśmieją, wyjechał na drogę biegnącą za wsią. Była wprawdzie znacznie gorsza, ale za to mniej uczęszczana. Nie przewidział tylko jednego. Ponieważ na wycieczkę rowerową zdecydował się we wtorek, więc na rower wsiadł w niedzielę, czyli w dzień gdy cała wieś jedzie do kościoła. Jakiś łobuz postanowił zgrzeszyć przed spowiedzią – „co by po próżnicy nie drzeć opon” - i wyrzucił przez okno samochodu butelkę, która naturalną koleją rzeczy rozprysła się na wszystkie strony. Nim Jan zdecydował, czy zahamować przednim czy tylnym hamulcem, z wielkim sykiem uszło z koła powietrze. Rad nie rad do domu wrócił pieszo, a po miesiącu wziął się za klejenie dętki. Nic z tego oczywiście nie wyszło, bo zawsze za długo czekał z przyłożeniem łatki do dętki i robił to wtedy, gdy klej dawno wysechł. Przewidziała to jego żona Zocha i zawczasu kupiła nową dętkę. Kiedy wreszcie Jan uporał się z jej założeniem, zaczął ją pompować, co i raz sprawdzając ręką ciśnienie w kole. Kiedy już nie mógł ugnieść opony, postanowił że popompuje jeszcze trochę, tak na wszelki wypadek, i zaczął liczyć do dziesięciu. Pod koniec liczenia zmienił zdanie i zaczął liczyć do dwudziestu. W sumie policzył do czterdziestu i nową dętkę diabli wzięli.

    Huk był ogromny. Stodoła, silnie przestraszona, natychmiast się przewróciła, a pies urwał się z łańcucha i wyrżnął łbem w chałupę. Co do koguta to ze strachu wskoczył na pierwszą z brzegu kurę, a ta natychmiast zniosła jajko. W tym czasie gdy Jan zastanawiał się, co się stało, Zocha-Rakieta zaczęła wołać pomocy, a nawet pobiegła do sąsiadów, żeby telefonicznie powiadomić policję o "napadzie z bronią w ręku". Radiowóz przyjechał po dziesięciu minutach, na sygnale.

    - Dzień dobry, czy to obywatelka wzywała policję? - zapytał młody, ostrzyżony na jeża policjant.

    - Że niby ja? - odezwała się Zocha patrząc na Jana. Jan natomiast rozejrzał się wokół i - nie widząc nikogo więcej - potwierdził skinieniem głowy, że istotnie ona.

    - Ja, ale to pomyłka - powiedziała Zocha myśląc, że to uspokoi policjanta i wsadzi go z powrotem do radiowozu. Niestety stało się inaczej. Policjant nie tylko nie wsiadł do radiowozu, ale nawet wyjął notes i długopis, i zapytał:

    - Jaka pomyłka? Kto i dlaczego się pomylił?

    - To nasze prywatne sprawy - powiedział szybko Jan, czym zaskoczył swoją żonę tak bardzo, że ta aż otworzyła buzię ze zdumienia.

    - Teraz już nie. Powiadomiono właściwy organ i to już nie jest wasza prywatna sprawa - policjant najwyraĽniej chciał poznać prawdę.

    - Rower nasz, to i sprawa nasza - po raz drugi Jan zaskoczył żonę.

    - Więc spór dotyczył roweru?

    - Jaki spór, panie władzo? Chodzi o to, że dętka pękła i moja żona myślała, że to ktoś z pistoletu strzelił.

    - Nie wierzę.

    - Dlaczego?

    - Lepiej będzie jeśli powiecie prawdę i przestaniecie naigrywać się z urzędnika.

    - Kiedy to prawda - powiedział Jan.

    - Chce mi pan wmówić, że pękła dętka i dlatego pana żona wezwała policję?

    - A co w tym dziwnego? - zapytała Zocha i szybko podeszła do roweru. – Byłam silnie przestraszona to i wezwałam.

    Zanim policjant zdążył zareagować wzięła pompkę i zaczęła pompować. Po chwili rozległ się huk. Policjant natychmiast wyjął pistolet, a jego kolega wyskoczył z samochodu i zapytał:

    - Wezwać posiłki?

    - Nie, to tylko dętka.

    - Jaka dętka?

    - Rowerowa.

    Policjant wzruszył ramionami, potem razem z tym pierwszym wsiedli do radiowozu i odjechali.

    - Teraz trzeba kupić dwie nowe dętki - powiedziała Zocha, gdy policjanci zniknęli za zakrętem. Jan milczał.

    - Nad czym dumasz? – zapytała żona.

    - Myślę.

    - Ale o czym?

    - Jeszcze nie wiem.

    - Jak skończysz, przyjdĽ na obiad.

    Na obiad Jan przyszedł w porze kolacji, ale wtedy gotowe już było śniadanie. Ogólnie układa im się dobrze, a nawet nie beznadziejnie.

    Na górę

    okładka
    okładka
    okładka
    © 2011-2013 andrzejboruszewski.pl